Porozumienie paryskie

December 15, 2015

|

Kilka słów komentarza do porozumienia klimatycznego podpisanego kilka dni temu w Paryżu.

Zacznę od zamierzchłej historii . Według przyjętej w 1992 i zaakceptowanej również przez Polskę Konwencji Ramowej ws. Zmian klimatu wszystkie strony konwencji powinny działac w celu

osiągnięcia stabilizacji koncentracji w atmosferze gazów cieplarnianych na takim poziomie, który zapobiegnie niebezpiecznym antropogenicznym oddziaływaniom na system klimatyczny

Ustalenie, co to dokładnie znaczy, zajęło kilkanaście lat, i dopiero w 2009 roku w Kopenhadze strony Konwencji zaakceptowały stanowisko mówiące, że niebezpiecznym oddziaływaniem na system klimatyczny byłoby podniesienie średniej temperatury globalnej o dwa stopnie Celsjusza ponad poziom przedindustrialny. O historii negocjacji celu 2°C można napisać grubą książkę (i faktycznie takie książki już napisano, krótkie streszczenie zainteresowany czytelnik może znaleźć w artykule Randallsa [1]), jednak kryjącą się za nim logikę można sprowadzić do obserwacji poczynionych przez prof. Williama Nordhausa jeszcze w latach siedemdziesiątych [2]

If there were global temperatures more than 2 or 3 above the current average temperature, this would take the climate outside of the range of observations which have been made over the last several hundred thousand years.

Jak już wyjasniałem przy okazji COP19, badania klimatologiczne ostatniej dekady doprowadziły do sformułowania koncepcji tak zwanego “budżetu węglowego”, zgodnie z którą, ze względu na interakcję sprzężeń zwrotnych związanych z ocieplającym się klimatem, wzrost średniej temperatury globalnej w skali kilku stuleci jest mniej więcej liniowo zależny od sumy emisji dwutlenku węgla w tym okresie [3]. Zależność tę pokazuje poniższy wykres z ostatniego raportu IPCC:

Zależność pomiędzy sumą emisji dwutlenku węgla a wzrostem temperatury nad poziom przedindustrialny. W okresie 1850-2011 suma emisji szacowana była na około pół biliona ton węgla (lewy dolny róg). Źródło: IPCC AR5 TS.

Według szacunkow naukowców, czułość klimatu na skumulowaną emisję dwutlenku węgla zawiera się pomiędzy 0,8 a 2,5°C na każdy bilion ton węgla wprowadzonego do atmosfery (czyli 3,67 bilionów ton CO2). Znając te widełki, oraz ilość dwutlenku węgla wyemitowanego od początku epoki przemysłowej, można obliczyć ile nam jeszcze budżetu węglowego zostało do wykorzystania. Nie jest trudno wykazać, że pole manewru jest niewielkie, a jeśli uwzględnimy przyszłe emisje z już istniejącej infrastruktury, kurczy się ono niemal do zera. Obok “budżetu węglowego” do słownika negocjatorów klimatycznych weszło więc też pojęcie “przepaści emisyjnej” (emission gap), czyli konfliktu pomiędzy tym, co wszystkie kraje deklarują że chciałyby osiągnąć (ograniczyć ocieplenie do 2°C), a tym co faktycznie robią (a raczej: czego nie robią) aby ten cel osiągnąć.

6 lat później, zgodnie z harmonogramem ustalonym w Kopenhadze, mamy globalne porozumienie klimatyczne. Z kilku powodów uważam je za całkiem zręcznie sformułowane: jest ono wystarczająco słabe, by udało się przekonać do jego akceptacji wszystkie strony, i jednocześnie wystarczająco silne, by mogło stać się podstawą zmiany globalnego systemu energetycznego, poprzez 5-letni cykl deklaracji i weryfikacji dobrowolnych celów redukcyjnych zgłaszanych przez wszystkie państwa świata. I choć można było marzyć o umowie międzynarodowej zawierającej wiążące prawnie zobowiązania redukcyjne, z góry wiadomo było że nie przejdzie ona ratyfikacji w amerykańskim senacie, w którym nie brakuje konserwatywnych polityków święcie przekonanych o tym, że globalne ocieplenie to komunistyczny spisek.11 Według administracji Baracka Obamy zgłoszony na COP21 cel redukcyjny USA nie wymaga podejmowania działań innych niż te, które wynikają z obowiązującego prawa, zatem porozumienie paryskie nie będzie wymagać ratyfikacji senackiej.

Problem “przepaści emisyjnej” jednak nie zniknął, i od ładnych kilku lat coraz głośniejsze stawały się opinie że celu dwóch stopni nie da się osiągnąć bez masowego użycia NETs, negative emissions technologies, czyli technologii usuwających dwutlenek węgla z atmosfery, albo zwiększających efektywność naturalnych procesów prowadzących do tego samego celu. Schematycznie pokazane są one na rysunku poniżej (d, e, f, g, h)

Technologie ujemnych emisji, według Smith et al 2015, Global Carbon Project 2015.

Warto tutaj podkreślić kilka rzeczy.

Po pierwsze, mowa tutaj o technologiach, które w najlepszym razie były do tej pory wypróbowywane w laboratoriach albo wdrażane w niewielkich, eksperymentalnych procesach przemysłowych. Aby mogły one odegrać znaczącą rolę w walce z globalnym ociepleniem, muszą zostać zastosowane na trudno wyobrażalną, globalną skalę. Przykładowo, technologia BECCS (która polega na tym że palimy w elektrowniach biomasą, a CO2 wychwytujemy i składujemy pod ziemią) usuwająca zaledwie jedną trzecią obecnych emisji CO2, wymagałyby upraw o powierzchni mniej więcej połowy Europy [4].

Po drugie, technologie te mają być używane w dodatku do redukcji emisji gazów cieplarnianych, a nie zamiast niej, by umożliwić zmniejszenie koncentracji gazów cieplarnianych zanim system klimatyczny zdąży na nią zareagować. W tych scenariuszach emisji, które są spójne z ograniczeniem ocieplenia do dwóch stopni, w ostatnich dwóch-trzech dekadach XXI wieku ludzkość aktywnie usuwa dwutlenek węgla z atmosfery, bo nawet po osiągnięciu równowagi pomiędzy antropogeniczną emisją i absorpcją, naturalne procesy nie są w stanie zmniejszyć jego zawartości wystarczająco szybko.

Po trzecie, technologie ujemnych emisji dotyczą dwutlenku węgla, co jak zaraz zobaczymy ma pewne znaczenie w kontekście tekstu porozumienia paryskiego.

Polska na COP21

Nie muszę chyba tłumaczyć, że dla Polski termin konferencji wypadł w ciekawym momencie, choć szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że wydarzenia krajowe niemal kompletnie ją przesłonią. Nie zdziwiło mnie natomiast, że im bliżej konferencji, tym bardziej łagodniały wypowiedzi środowiska mającego brać udział w negocjowaniu porozumienia, i że na koniec okazało się, iż nie tylko wszystkie elementy porozumienia okazały się być zgodne z celami Polski, ale wręcz bez Polski nie udałoby się tego porozumienia osiągnąć. Podobnie jak jej poprzednicy, delegacja rządowa szybko zrozumiała, że pokrzykiwaniem o antypaństwowej herezji albo straszeniem wetem niewiele da się załatwić, a powrót do buńczucznych deklaracji z okresu kampanii wyborczej tylko ośmieszyłby Polskę przed zgromadzonymi na COP21 przedstawicielami całego świata.

Niestety, była też druga przyczyna odtrąbienia przez polską delegację sukcesu, i przyczyna ta budzi we mnie już nie tyle schadenfreude, co lekkie przerażenie.

Polska delegacja pojechała na COP21 kompletnie nieprzygotowana, i nie do końca wiedziała, co negocjuje.

Trzy polskie postulaty

Ze zdumieniem dowiedziałem się z konferencji prasowej polskiej delegacji, że miała ona trzy główne postulaty:

W Paryżu przedstawiłam trzy postulaty Polski. Pierwszy to, aby porozumienie zostało podpisane przez wszystkie państwa świata, żeby nie było to tylko porozumienie które zostaje uzgodnione na poziomie Unii Europejskiej i państw europejskich (…) bo to największe gospodarki – Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone, muszą teraz zrobić najwięcej – tłumaczyła Szydło. – Drugi postulat to, aby w porozumieniu zawrzeć właśnie takie zapisy, które uznają specyfikę rozwoju poszczególnych gospodarek (…) aby wprowadzając rozwiązania, które mają polepszać klimat na świecie, nie uderzano w gospodarki poszczególnych państw – podkreślała szefowa rządu. Trzecim postulatem o którym mówiła Szydło była kwestia lasów i zalesiania nowych terenów. – Polska wskazuje to jako rozwiązanie polepszające klimat i rozwiązuje problem nadmiernej redukcji dwutlenku węgla. Z satysfakcją stwierdzam, że wszystkie postulaty zostały przyjęte w Paryżu i zawarte w porozumieniu – dodała.

Równie dobrze Polska mogłaby jechać do Paryża z postulatem, by porozumienie zawierało przecinki, i potem z satysfakcją odnotować, że przecinki się w tekście znalazły.

Pierwszy postulat Polski został wynegocjowany jeszcze w 2011 roku w Durbanie, jako punkt 2 decyzji 1/CP.17. Od kilku lat wiadomo było, że na COP21 wynegocjowane zostanie jakieś porozumienie, i że porozumienie to odnosić się będzie do wszystkich stron. Gdyby ktoś o tym zapomniał, sekretariat ONZ przypominał o tym zaraz na początku każdej kolejnej wersji umowy, gdzie umieszczana była taka oto preambuła

Recalling decision 1/CP.17, whereby the Conference of the Parties to the Convention decided to adopt a protocol, another legal instrument or an agreed outcome with legal force under the Convention applicable to all Parties at its twenty-first session;

Drugi postulat Polski, by porozumienie uwzględniało specyfikę rozwoju poszczególnych gospodarek, wynegocjowano jeszcze w 1992 roku. To słynna zasada CBDRRC (common but differentiated responsibilities and respective capabilities) z trzeciego artykułu konwencji klimatycznej, do której dodano rok temu w Limie frazę mówiącą o different national circumstances. Choć polska delegacja zdaje się być przekonana, że zasadę CBDRRC wprowadzono by chronić “specyfikę polskiego miksu energetycznego”, w rzeczywistości jej celem jest ochrona interesów ubogich krajów rozwijających się, których udział w dotychczasowym budżecie węglowym jest niewielki.22 Porozumienie stwierdza też wprost, że “[d]eveloped country Parties shall continue taking the lead by undertaking economy-wide absolute emission reduction targets”, oraz “[emission] peaking will take longer for developing country Parties”. I jakby to boleśnie dla polskiej delegacji nie zabrzmiało, Polska takim biednym krajem nie jest.

Trzeci postulat Polski jest jeszcze dziwniejszy, bo minister Szyszko zdaje się sugerować, że to jego zasługą jest włączenie wzmianek o lasach do porozumienia paryskiego. Tezę tę zmasakrowali już Julia Szulecka i Kacper Szulecki, więc tylko streszczając: “kwestia lasów i zalesiania” jest obecna w konwencji klimatycznej od 1992 roku, jest obecna w protokole Kioto, również w drugim okresie rozliczeniowym (do którego Polska, lider polityki klimatycznej, nie przystąpiła), a każdy inwentarz emisji wysyłany do ONZ przez Polskę zawierał bilans aktywności związanych z sektorem leśnictwa.

Co więc nowego znalazło się w porozumieniu paryskim? Ano, artykuł piąty, który mówi

Parties should take action to conserve and enhance, as appropriate, sinks and reservoirs of greenhouse gases as referred to in Article 4, paragraph 1(d), of the Convention, including forests.

Parties are encouraged to take action to implement and support, including through results-based payments, the existing framework as set out in related guidance and decisions already agreed under the Convention for: policy approaches and positive incentives for activities relating to reducing emissions from deforestation and forest degradation, and the role of conservation, sustainable management of forests and enhancement of forest carbon stocks in developing countries; and alternative policy approaches, such as joint mitigation and adaptation approaches for the integral and sustainable management of forests, while reaffirming the importance of incentivizing, as appropriate, non-carbon benefits associated with such approaches.

Punkt pierwszy odnosi się do postanowień konwencji klimatycznej z 1992 roku. Punkt drugi mówi o programie REDD+, przyjętym przez strony dwa lata temu na COP19 w Warszawie, którego celem jest powstrzymanie wycinki lasów tropikalnych. Włączenie implementacji tego programu do globalnego porozumienia klimatycznego jest oczywiście sporym sukcesem i cieszę się, że docenia to również minister Szyszko, tym bardziej że kilka lat temu w ostrych słowach krytykował decyzje Polski (jako członka Unii Europejskiej), by w tym programie brać udział.

Nie ma to jednak nic wspólnego z powtarzanymi przez ministra od lat postulatami, by Unia Europejska pozwoliła Polsce offsetować emisje przemysłowe objęte systemem ETS przy pomocy jednostek pochłaniania. Na wszelki wypadek, gdyby min. Szyszko chciał i tutaj obwieszczać przyszłe sukcesy, przypominam że Unia Europejska zgodziła się już na włączenie leśnictwa w ramy pakietu klimatycznego po roku 2020 (punkt 4.2. z COM/2014/015).

Keczup i keczap

Podobno największym sukcesem polskiej delegacji było “wykreślenie dekarbonizacji” z tekstu porozumienia. Nie wiem na ile to prawda, oficjalnego potwierdzenia ze strony polskiej delegacji nie widziałem; a od samego początku negocjacji termin “dekarbonizacja” była jednym z kilkunastu możliwych wariantów subtelnie różniących się znaczeniem i implikacjami

a) [a peaking of global greenhouse gas emissions as soon as possible[, recognizing that peaking requires deeper cuts of emissions of developed countries and will be longer for developing countries]]
b) [rapid reductions thereafter [in accordance with best available science] to at least a X [-Y] per cent reduction in global [greenhouse gas emissions][CO2[e]] compared to 20XX levels by 2050]];
c) [achieving zero global GHG emissions by 2060-2080]
d) [a long-term low emissions transformation] [toward [climate neutrality] [decarbonization] [over the course of this century] [as soon as possible after mid-century];
e) [equitable distribution of a global carbon budget based on historical responsibilities and [climate] justice]

Ostatecznie przyjęto cel w formie innej niż wymienione

Parties aim to reach global peaking of greenhouse gas emissions as soon as possible, recognizing that peaking will take longer for developing country Parties, and to undertake rapid reductions thereafter in accordance with best available science, so as to achieve a balance between anthropogenic emissions by sources and removals by sinks of greenhouse gases in the second half of this century, on the basis of equity, and in the context of sustainable development and efforts to eradicate poverty.

aczkolwiek znaczeniem odpowiadające najbardziej wariantowi c).

Choć samo używanie terminu “dekarbonizacja” urosło ostatnio do rangi antypaństwowej herezji, był on problematyczny i dla poprzedniej ekipy rządzącej. Jeśli jest jakaś jedna idea łącząca prawie wszystkie siły polityczne w Polsce, to jest to święta wiara w to, że Polska węglem stoi, że węgiel jest naszym czarnym złotem, i że bez poparcia sektora górniczego nie da się w Polsce wygrać żadnych wyborów. W odróżnieniu od ówczesnej opozycji, która mogła zrzucać winę za wszystkie bolączki polskiego górnictwa na klimatyczne regulacje unijne (przypomnę tylko zakończoną kompletnym fiaskiem akcję Stop Pakietowi, której proponenci straszyli katastrofą gospodarczą po roku 2012), poprzednia ekipa musiała robić dobrą minę do złej gry. Udawano więc, że nie ma sprzeczności pomiędzy deklaracjami redukcji emisji dwutlenku węgla, a deklaracjami braku redukcji konsumpcji węgla. Magicznym rozwiązaniem tego paradoksu miały być “czyste technologie węglowe”.

Z jakichś powodów polscy politycy i eksperci energetyczni skutecznie wypierali podstawowe fakty związane z fizyką i chemią: że ograniczenie ilości produkowanego CO2 oznaczać może tylko dwie rzeczy: albo utlenianie mniejszej ilości węgla, albo wyłapywanie i magazynowanie CO2. Zwiększanie efektywności bloków elektrowni, podziemne zgazowanie węgla, IGCC, i wszystkie inne technologie zmniejszające emisyjność energetyki węglowej są tak samo “dekarbonizujące”, jak budowa paneli słonecznych, bo oznaczają że potrzebujemy mniej węgla by wyprodukować jedną MWh. Oczywiście, osobnym problemem jest to, że nie musi to być nawet polski węgiel, ale o tym więcej napiszę niżej.

Tylko technologie wychwytywania dwutlenku węgla, czyli CCS, pozwalają na zmniejszenie emisji CO2 bez zmniejszania konsumpcji węgla. Pomijając już jednak fakt, że obecnie technologie te znajdują się mniej więcej na takim samym etapie rozwoju, co energetyka termojądrowa, wdrożenie CCS w skali większej niż kilkanaście procent emisji dużych instalacji przemysłowych jest po prostu fizycznie niewykonalne.

Iluzję, że da się zredukować emisje bez redukcji konsumpcji węgla, potrzymywano jednak do końca. Zamiast niepopularnej “dekarbonizacji” Polska podobno wprowadziła do stanowiska negocjacyjnego UE “neutralność klimatyczną” (podobno, bo wygląda na to że walczono raczej o “neutralność węglową”), i tę samą strategię PR-ową, z braków lepszych pomysłów, kontynuował już nowy rząd.

Jak dla mnie wygląda to jednak tak, że strzelił sobie niechcący w stopę. Co bowiem implikuje cel wyznaczony jako

to achieve a balance between anthropogenic emissions by sources and removals by sinks of greenhouse gases in the second half of this century

?

Podejrzewam, że znaczenie tej frazy będzie przez wiele lat dyskutowane tak jak zasada CBDRRC, jednak z tego co widziałem dominuje pogląd że
a) “a balance” oznacza, że emisje (“sources”) mają być równoważone przez pochłanianie (“sinks”);
b) “anthropogenic” odnosi się zarówno do “sources” jak i “sinks”;
c) chodzi o wszystkie gazy cieplarniane o długim okresie przebywania w atmosferze (CO2, CH4, N2O, HFCs, PFCs, SF6, NF3);
d) zbilansowanie antropogenicznej emisji innych niż CO2 gazów cieplarnianych będzie możliwe tylko poprzez zwiększone pochłanianie CO2;
e) co oznacza, że “neutralność węglowa” będzie musiała zostać osiągnięta wcześniej, niż cel porozumienia paryskiego;
f) co oznacza również, że “neutralność węglowa” energetyki będzie musiała zostać osiągnięta wcześniej, niż wszystkich emitentów CO2.

Przykładowo, emisja gazów cieplarnianych przez Polskę w roku 2013 wynosiła, według najświeższego inwentarza emisji KOBiZE, 395 milionów ton CO2, wyłączając leśnictwo i zarządzając gruntami. Emisja samego CO2 wynosiła 323 mln. ton CO2eq wyłączając leśnictwo i zarządzanie gruntami, oraz 285 mln. ton CO2 z uwzględnieniem tych kategorii. Gdybyśmy chcieli osiągnąć równowagę o której mówi porozumienie paryskie, musielibyśmy zmniejszyć emisję CO2 do zera i dwukrotnie zwiększyć pochłanianie (obecnie 38 mln. ton CO2eq), by zbilansować 72 mln. ton CO2eq z emisji gazów cieplarnianych innych niż CO2. Zbilansowanie emisji wszystkich gazów cieplarnianych wymagałoby dziesięciokrotnego zwiększenia pochłaniania przez lasy i gospodarkę gruntami. Good luck with that.

Emisje wszystkich gazów cieplarnianych, samego dwutlenku węgla oraz udział emisji z leśnictwa i gospodarki gruntami (LULUCF). Dane 1988-2013 pochodzą z rejestru KOBiZE, szacunki historyczne według CDIAC (kolor czarny i szary przerywany, przeskalowane według zależności z 1988-2013).

Wbrew pobożnym życzeniom polskiej delegacji, przyjęte porozumienie oznacza więc dekarbonizację energetyki, rozumianą jako eliminację większości procesów utleniających węgiel i węglowodory, i to w ciągu najbliższych 50 lat. A jeśli ktoś myśli, że skoro obecnie polskie górnictwo ma problem z konkurowaniem z importowanym węglem przy jego obecnej, niewielkiej nadprodukcji, to będzie sobie radziło lepiej przy głębokiej redukcji globalnej konsumpcji, to gratuluję optymizmu.

Co dalej?

Na poziomie deklaracji polityka klimatyczna obecnego rządu niewiele różni się od tej uprawianej przez poprzedników, obawiam się więc, że w najbliższym czasie będziemy karmieni tymi samymi wymówkami, które słyszeliśmy od lat kilkunastu: że Polska jest liderem redukcji emisji, i że nie da się zmienić miksu energetycznego z dnia na dzień.

Różnica polega na tym, że kończy się nam czas, i to zarówno w sensie globalnej redukcji emisji, zobowiązań unijnych, jak i możliwości działania modelu surowco-energetycznego, który Polska odziedziczyła po najlepszych latach PRLu. Nie spodziewam się, by polskie górnictwo dogoniło konkurencyjnością górnictwo chińskie czy australijskie; by ceny węgla powróciły do poziomów sprzed kilku lat; albo by znalezienie finansowania dla inwestycji w energetykę konwencjonalną było w przyszłości łatwiejsze. Obawiam się więc, że problemy które ignorujemy dzisiaj, nie staną się łatwiejsze do rozwiązania jutro, za rok ani za lat pięć. Oczywiście, za lat pięć to może być już problem kogo innego.

Wracając do porozumienia paryskiego: nie zdziwiłbym się, gdyby Polska pomimo jego akceptacji odmówiła ratyfikacji, tak jak odbyło się to w przypadku przedłużenia Protokołu z Kioto. Z tego co zdążyłem się zorientować, obecna ekipa rządząca nie słynie z konsekwencji, a tym bardziej poszanowania procedur, więc za rok czy dwa mogłoby się okazać, że w opinii decydentów
skutki porozumienia paryskiego nie zostały dostatecznie wyjaśnione, a dopóki nie zostaną wyjaśnione, ratyfikowane być nie może.

Obym się mylił.


Cytowana literatura

1. Randalls S. (2010) History of the 2°C climate target.
2. Nordhaus W. (1977) Strategies for the Control of Carbon Dioxide.
3. Np. Gillett, et al (2013) Constraining the Ratio of Global Warming to Cumulative CO2 Emissions Using CMIP5 Simulations, IPCC AR5.
4. Smith, et al (2015) Biophysical and economic limits to negative CO2 emissions

Podaj dalej → Twitter Facebook Google+
Porozumienie paryskie - December 15, 2015 - Doskonale Szare